niedziela, 3 kwietnia 2016

Córka zjadaczki grzechów - Melinda Salisbury


 Wiedziona chęcią spędzenia czasu przy niezobowiązującej lekturze, sięgnęłam po debiut młodej, angielskiej pisarki - Melindy Salisbury. „Córka zjadaczki grzechów” od momentu zapoznania się z jej opisem, przywiodła mi na myśl kilka młodzieżowych serii, z którymi dotychczas miałam styczność. Przygotowałam się, więc na schematyczną, przewidywalną opowieść, w której wszczęty przez nie zdającą sobie sprawy ze swojej urody jednostkę płci pięknej bunt, ogarnie całą krainę, a ona sama pozostanie jego twarzą, walcząc u boku co najmniej dwóch przystojnych młodzieńców z bezwzględną, totalitarną władzą. Prawda jest taka, że... zostałam bardzo pozytywnie zaskoczona, mimo, że książka w pewnych jej elementach zahaczała o tak dobrze znane wszystkim schematy. Zacznijmy jednak od początku...

„Gdybym podniosła rękę by dotknąć któregoś z nich, zareagowaliby przerażeniem.Gdybym się potknęła lub zemdlała, gdyby instynktownie próbowali mnie podtrzymać, podpisaliby tym samym na siebie wyrok śmierci.Nagrodą za chęć pomocy byłoby dla nich natychmiastowe poderżnięcie gardła.Kontakt z moją trującą skórą oznaczałby powolne konanie i każdy zatruty mógłby mówić o szczęściu, 
gdyby poderżnięto mu gardło.”

 Twylla cztery żniwa temu została wybrana zarówno przez Bóstwa, jak i samą Królową do pełnienia zaszczytnej roli Daunen Wcielonej. Zostawiła całe swoje dotychczasowe życie, by przy boku rodziny królewskiej stać się znakiem bytności oraz sprawiedliwości boskiej. Na dworze pełni rolę kata - jej skóra zabija. Ten, kto rozgniewa królową, zostanie poddany najokrutniejszej karze w całym królestwie - śmiertelnemu dotykowi Twylli. Przeznaczona by pewnego dnia, u boku księcia rządzić krainą Lormere, powoli odkrywa prawdziwą rolę, swojej osoby w społeczeństwie, poznaje smak miłości, a także stawia czoło intrygom oraz niebezpieczeństwom czyhających na nią na każdym kroku.
Niekiedy tajemnice nie powinny zostać ujawniane a
niektóre legendy nie powinny stać się rzeczywistością.

 Jestem pod ogromnym wrażeniem tego jak książka pani Salisbury na mnie wpłynęła. Przeczytałam ją w zaledwie kilka godzin, nie mogąc oderwać się od lektury choćby na moment. Intryga, intrygę intrygą poganiała! Byłam oczarowana rządzonym przez Bóstwa światem, który został przez autorkę tak skrupulatnie wykreowany. Szczególnie elementami takimi jak: obrzęd pogrzebowy wykonywany przez Zjadaczkę Grzechów, stworzoną na potrzeby książki mitologią oraz historią krain wraz z legendami z nimi powiązanymi. Cała historia została przedstawiona w sposób, który uniemożliwiał jej przerwanie. Niemal każdy rozdział kończył się w momencie, w którym powiedzenie „Dosyć, na dzisiaj koniec” było niewykonalne! Byłam niczym tytułowa Zjadaczka... jednak zamiast grzechów, pożerałam stronę za stroną, coraz mocniej wciągając się w świat Twylli, Mereka oraz Liefa.

 Główna bohaterka książki, z początku irytująca swoją niemocą, a także naiwnością, z czasem dzięki pozyskiwanym informacjom oraz wydarzeniom przeszła ogromną metamorfozę, by w drugiej połowy książki podejmować decyzje w sposób bardziej logiczny, dojrzalszy, racjonalny. Sama zawierała we własnych przemyśleniach wzgardę dla swojego zachowania z przeszłości, tym samym idealnie odwzorowując myśli z mojej głowy. Każda postać w książce była bardzo wyraźnie wykreowana, porzucając przy tym tak dobrze wszystkim znany podział na złych oraz dobrych. Sama z aktualnej perspektywy, po zapoznaniu się z każdym rozdziałem w książce zawartym mam mieszane odczucia, nie potrafię jednoznacznie ocenić postaci, gdyż ich uczynki sprawiają, że moja opinia na ich temat jest bardzo zróżnicowana.

 Jak w większości pozycji przeznaczonych dla młodzieży pojawia się tu trójkąt miłosny, choć szczerze powiedziawszy w tej książce, on mógł skończyć się tylko w jeden sposób co podpowiada nam narracja z punktu widzenia głównej bohaterki. Cieszę się, że te relacje były dość klarowne, choć pod koniec autorka wprowadziła wątki, które nie tyle co mnie zadziwiły, co zszokowały, obracając poniekąd dotychczas prowadzoną akcję o sto osiemdziesiąt stopni. Tak naprawdę to zrobiła to niejednokrotnie i myślę, że głównie za to tak bardzo polubiłam „Córkę zjadaczki grzechów”. W większości przypadków nie byłam w stanie przewidzieć kolejnych wydarzeń, choć zdarzało mi się zwracać uwagę na elementy, które na dalszym etapie lektury stały się istotne.

„- Nikt nie zapomina ludzi, którzy go kochali - mówi. 
- Bez względu na wiek i upływ czasu, 
zawsze pamiętamy, że byliśmy kochani.”

 Ta książka niesamowicie wciąga. Nim się spostrzegłam zostałam pochłonięta przez historię Twylli, niecierpliwie przerzucając kartki powieści pani Salisbury. Po kilku godzinach gdy opuściłam zniewoloną przez intrygi oraz tajemnicy krainę Lormere jedyne czego chciałam to sięgnąć po kolejny tom, na którego premierę, jak się zorientowałam będę musiała poczekać jeszcze ponad miesiąc. Sama lektura „Córki zjadaczki grzechów” przypomniała mi o tym, jak jeszcze kilka lat temu, uwielbiałam książki podobne do niej tematycznie. Przemieniłam się w młodszą, podekscytowaną wersję siebie samej. Zapomniałam dlaczego tak bardzo lubiłam ten gatunek, a dzieło Melindy Salisbury mi o tym przypomniało!

 Co ważne książka wcale nie jest tak schematyczna, jakby się na pierwszy rzut oka wydawało. Sama osobiście patrząc na opis oraz hasło ową pozycję reklamujące pomyślałam o głośnej trylogii Tahereh Mafi, czy też Trylogii Grisza autorstwa Leigh Bardugo. Jednak w miarę czytania, te podobieństwa przestawały istnieć. W tej książce zachowano oryginalność, mimo oparcia jej na schematach rządzących ostatnimi czasami książkami młodzieżowymi. Tyle, że te występujące wszędzie wątki poszły w inne, niespodziewane, przynajmniej dla mnie strony. Autorka dzięki temu zyskała moją uwagę, podziw oraz pewność, że sięgnę po jej kolejne dzieła.

 Język, którym posługuje się autorka nie jest górnolotny, czy też w jakiś sposób niezwykły. Opisując go użyłabym słowa - przyjemny.  Opisy bardzo dobrze wprowadzają czytelnika w klimat oraz świat w książce przedstawiony. Zarówno dialogów jak i wewnętrznych przemyśleń głównej bohaterki jest mniej więcej po równo, co jak wiem dla niektórych jest dość istotnym elementem. Wiem również, przyglądając się ocenom zagranicznych recenzentów, jak i naszych rodzimych, że książka ta wywołuje dość skrajne emocje. Jedni ją uwielbiają, inni uważają ją za przeciętną bądź beznadziejną. Myślę jednak, że  książki o tak zróżnicowanych opiniach są tymi najbardziej interesującymi. Niejednokrotnie się o tym przekonałam. Mi debiut pani Salisbury bardzo się spodobał i nie mogę się doczekać kontynuacji przygód mieszkańców Lormere. Przede wszystkim autorka stworzyła cudowny świat, dobrze wykreowanych bohaterów oraz potrafi zaskakiwać swojego czytelnika w najmniej spodziewanych momentach.

„Nauczyłam się, że bycie samą bardzo różni się od samotności.”

 Podsumowując naprawdę mogę Wam polecić tę pozycję. Czyta się ją niesamowicie szybko, z czającą się nieopodal niepewnością co do dalszych wydarzeń. Uważam, że to bardzo dobry początek trylogii. O ile mi wiadomo w tomie drugim dane nam będzie poznać historię z punktu widzenia siostry Liefa, czyli strażnika sprawującego pieczę nad bezpieczeństwem Twylli. Jestem bardzo ciekawa czy autorka powróci do bohaterów części pierwszej, czy też uzna ich dzieje za zakończone. Niewątpliwie będę chciała odkryć tę tajemnicę.
Wam polecam przeczytać tę książkę i samemu poznawać wszystkie tajemnice, intrygi oraz emocje, które skrywa.

Za możliwość przeczytania książki dziękuję wydawnictwu Zielona Sowa!

★★★★★★★★☆☆

8 komentarzy:

  1. Zaciekawiłaś mnie! Myślałam, że książka jest podobna do "Dotyku Julii", którego swoją drogą, nie czytałam, a tu taka niespodzianka! Muszę po nią sięgnąć!

    http://k-a-k-blogrecenzencki.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń
  2. Ten komentarz został usunięty przez autora.

    OdpowiedzUsuń
  3. Książka dobra, miło spędziłam przy niej czas, ale znalazłam w niej trochę więcej mankamentów. Liczę jednak, że drugi tom będzie jeszcze lepszy

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja wręcz przez nią przemknęłam! Chyba potrzebowałam takiej książki :)

      Usuń
  4. Recenzja jest bardzo zachęcająca, myślę, że zaprzyjaźnimy się z Tą ksiązką.

    OdpowiedzUsuń
  5. To może być ciekawe. W sumie najbardziej mnie zaintrygował sam tytuł. Sięgnę po tę książkę, kiedy będę potrzebowała przeczytać coś lżejszego ;)

    OdpowiedzUsuń
  6. O nieeee, znów trójkąt miłosny... już dość mam tego. Serio, czy autorzy nie mogą wymyślić czegoś nowego? No chociażby czworokąt, błagam!
    http://ksiegoteka.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń
  7. dopisuję do listy, brzmi bardzo ciekawie. pozdrawiam :)

    OdpowiedzUsuń

Dzień dobry (czy też dobry wieczór) drogi książkoholiku!
Każdy pozostawiony przez Ciebie komentarz to dla mnie ogromna dawka motywacji. Chętnie poczytam o Twoich przemyśleniach względem omawianej pozycji, postu, odpowiem na nurtujące Cię pytania, postaram się zrobić wszystko co w mojej mocy, by Ci pomóc!
Koniecznie pozostaw również link do swojej działalności internetowej.

Copyright © Szablon wykonany przez Blonparia